Powrót do ośmioletniej szkoły podstawowej ?

Padł rekord. Blisko 35 tys. internautów wzięło udział w ankiecie Wirtualnej Polski, w której pytaliśmy o powrót dawnego systemu edukacji: osiem lat szkoły podstawowej, cztery lata liceum. Zwykle w takim głosowaniu bierze udział ok. 3-4 tys. osób. Miażdżąca większość – bo aż 96 proc. użytkowników sieci – opowiedziało się za powrotem dawnego systemu. A dlaczego? O to właśnie pytam Polaków.

Na Facebooku zamieszczam pytanie: „Czy chciałbyś powrotu (i dlaczego?) dawnego systemu nauczania?”. Odpisują mi 104 osoby. Ani jedna nie opowiada się za obecnym systemem. Wszystkie chciałyby zlikwidowania gimnazjów, powrotu ośmioletniej podstawówki i czteroletniego liceum. „Dość eksperymentowania na dzieciach” – pisze Małgorzata, dla której Polacy są mistrzami w wyważaniu otwartych drzwi, skoro dawne rozwiązania się sprawdzały. „Totalną porażką” nazywa zebranie w gimnazjum obcych sobie osób z „szaleństwem hormonalnym w mózgu” Alexandra. Zwraca uwagę, że w długoletniej podstawówce nauczyciel znał ucznia od początku, wiedział, jak z nim rozmawiać. W gimnazjum uczniowie chcą się popisać swoją „dorosłością”, a nauczyciele, mając małą wiedzę o uczniu, nie potrafią temu zaradzić. Znajomy nauczyciel powiedział Alexandrze, że najczęściej takie asy są puszczane z klasy do klasy. Stanowią bowiem dla szkoły ogromny problem.

„Gimnazja mogłyby zostać, ale nie w takiej formie jak obecnie” – pisze użytkownik o nicku Kot Chuchełek domagając się likwidacji koedukacji. W okresie dorastania najlepiej w jego ocenie sprawdza się rozdzielenie płci albo ośmioletnia podstawówka koedukacyjna.
W dyskusję włącza się też Marlena. Marzy nie tylko o Polsce bez gimnazjów, ale również takiej z dużą ilością dobrych zawodówek. Pisze: „jeżeli dodać do tego miejsca pracy dla młodzieży po zawodówkach, liceach (stara matura!), studiach (na które powinny być egzaminy wstępne, o takim stopniu trudności jak przed wprowadzeniem nowych matur) i obsadzić stanowiska według faktycznych kwalifikacji to wyszłaby nam idealna Polska”.

Chwytam za słuchawkę i dzwonię do osób blisko związanych z rynkiem edukacji w Polsce. Pytam je, co sądzą o pomyśle powrotu dawnego systemu nauczania.

Po pierwsze: rodzice

– Poprzedni system się sprawdzał – uważa 46-letnia Monika, mama trojga dzieci: 14-letniej Ani, 11-letniego Michała i 9-letniego Bartka. Twierdzi, że do klas 1-3 chodzą jeszcze psychologiczne przedszkolaki. Liczy się wychowawca, który przyprowadzi i odprowadzi za rączkę. Bardziej „na poważnie” robi się dopiero w 4. klasie.
Choć system edukacji w Polsce zakłada inaczej, w takim wieku dziecko nie jest świadome konsekwencji swoich wyników w nauce. Dla przykładu: ocena z zajęć technicznych (zajęcia prowadzone w klasach 4-5) jest już brana pod uwagę do średniej ocen i razem z testem końcowym stanowi przepustkę do dobrego gimnazjum. – Małe dzieci nie mają wyobraźni przestrzennej. Nie bardzo nawet rozumieją, po co uczą się tego przedmiotu – mówi Monika i dodaje, że na tym etapie w pomoc uczniom często włączają się rodzice, odrabiając za dziecko prace domowe.
Inne zjawisko, które zaobserwowała, nazywa „segregacją dzieci”. Działa ono wedle następującego schematu: do dobrego gimnazjum przyjmują uczniów z najlepszymi ocenami; czasem są testy językowe, również celem wyselekcjonowania najlepszych. Wśród uczniów wielu jest takich, których rodziców stać było na korepetycje czy zajęcia pozaszkolne. W 6. klasie, wśród 14-latków, tworzy się więc elity, prymusów, wyselekcjonowane grupy, często z mocnymi plecami i pokaźnym portfelem tatusiów.

Pytana, czy obecny system edukacji w Polsce jest przyjazny rodzicom i uczniom, opowiada historię, jak weszła na stronę internetową, żeby zarejestrować syna do zerówki, a tu komunikat… „rekrutacja zamknięta”. Spóźniła się o całe dwie(!) godziny. Poszła więc do szkoły, licząc na to, że skoro dwoje starszych dzieci już się w niej uczy, to i z tym młodszym też nie będzie problemu. Ale system to system. Pani dyrektor powiedziała, że listy zamknięte. Przepisy były takie, że do zerówki może chodzić maksymalnie 25 dzieci. Zwróciła się więc ze sprawą do burmistrza. Ten polecił wolne miejsce w jednej ze szkół w południowej części dzielnicy. Co z tego, że Monika (nota bene samotna matka) mieszka w północnej i tam też odwozi dzieci do szkoły? Ma jeździć z trzecim na drugi kraniec? Przyjaciółka plastyczka poleciła, żeby poszła z kwiatami do dyrektorki „Jako matka i kobieta, ja panią błagam, żeby…” – przekonywała dyrektorkę stojąc z wyciągniętymi przed siebie kwiatami.
6-letniego Bartka przyjęto do pierwszej klasy. Tam limit okazały się bardziej elastyczne.
Czy teraz żałuje, że Bartek nie dostał się wtedy do zerówki? – Tak, żałuję – mówi Monika i wylicza, jak wiele wysiłku jej syn wkłada w to, żeby być dobrym uczniem. – Pewnie wśród swoich rówieśników byłby bardzo dobrym; czułby się bardziej dowartościowany, byłby najlepszy z czegoś, na przykład z pływania – mówi mi. – Ale system to system. Pewnych rzeczy po prostu przeskoczyć się nie da – dodaje.

W ocenie Moniki wyścig szczurów zaczyna się obecnie już od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Wielu rodziców finansuje dzieciom dodatkowe lekcje pozaszkolne. W klasach 1-3 wychowawca prowadzi jednocześnie wiele zajęć (poza religią i językami prowadzonymi przez innych nauczycieli). Często, przed przyjęciem, szkoły nie informują, który pedagog poprowadzi jaką klasę. Jeśli dziecko trafi źle, istnieje obawa, że niższy poziom nauczania bezpośrednio wpłynie na niższy wynik testów do gimnazjum. A dwa lata to za mało, żeby nadrobić braki. Co innego, gdyby było ich aż osiem.

32-letnia Ania, mama 10-letniego Kacpra, załamuje ręce nad zeszytami syna. – Co drugą lekcje ma kartkówkę. Po każdym etapie nauki są testy diagnostyczne. Teraz, po ukończeniu 4. klasy będzie miał egzamin z języka angielskiego ze wszystkich klas. I kiedy ma mieć czas dla siebie?
Ona również opowiada się za likwidacją gimnazjów. Pierwszy silny stres związany z egzaminami Kacper odczuwał już w zeszłym roku, w związku z rekrutacją wewnątrzszkolną. Jako trzecioklasista zdawał test z języka angielskiego, który decydował o przyjęciu go do klasy z rozszerzonym językiem obcym. Bał się, że jeśli nie zdobędzie wymaganej liczby punktów, zostanie „oderwany” od paczki swoich najlepszych przyjaciół i włączony w zupełnie obce sobie środowisko. Nie myślał przy tym o profitach edukacyjnych, jakie daje mu przejście do klasy profilowanej.

Stało się to, czego wszyscy najbardziej się obawiali. Kolega Kacpra nie zdobył wymaganej liczby punktów i nie został przyjęty do „lepszej” klasy. Trafił na listę rezerwową, choć szanse, że uda mu się dołączyć do kolegów były niewielkie. Ostatecznie – żeby mógł siedzieć w ławce z bliskim sobie kolegą – rodzice przenieśli go do innej szkoły.
– Wszyscy bardzo przeżyli to rozstanie. W paczce było ich czterech chłopców, nagle to wszystko się rozpadło – wspomina Ania i przyznaje, że wiele dzieci – ze strachu rodziców, żeby ich dzieci dostały się potem do klasy profilowanej – już w pierwszej klasie podstawówki posyła dzieci na dodatkowe kursyjęzykowe. Bartek miał taką godzinę tygodniowo. A to dla rodziny koszt ok. 80 zł miesięcznie.

Kiedy poruszam temat gimnazjum, u Ani automatycznie uruchamia się poczucie strachu: że seks, że narkotyki, że papierosy, że alkohol… Gimnazja według niej dzielą się na trzy typy: te bardzo dobre, o których krążą historie, że dobre szkoły przyciągają używki; bo dzieci ambitne, poziom wysoki, wymagania ogromne, więc jakoś ten stres musi znaleźć ujście. – Rodzice przestają sobie często wtedy radzić, tracą kontakt z własnym dzieckiem – mówi mi.

Kolejny typ to szkoły rejonowe, gdzie dzieci jest bardzo dużo, nie ma selekcji, więc nie wiadomo, do jakiej grupy trafi uczeń: – Nauczyciele często nie potrafią dotrzeć do dzieci na tym etapie rozwoju. A uczniowie myślą, że są już dorośli, bo mają wykształcenie podstawowe. A kto im dał tak mylne poczucie? My, dorośli. Bo ktoś przecież za reformą edukacji stoi – zaznacza.

Kiedy kilka lat temu Ania zadzwoniła do prywatnej podstawówki, żeby zapisać Kacpra do pierwszej klasy, usłyszała w słuchawce, że spóźniła się o jakieś… sześć lat. Bo dzieci jest mało, wszystkie dopilnowane i nauczone, więc rodzice dzwonią i rezerwują miejsce zaraz po narodzinach malucha. Dlatego teraz planuje wszystko z dużym wyprzedzeniem. Mimo że Kacper jest w 4. a nie 6. klasie już trwają poszukiwania odpowiedniego dla niego gimnazjum. W grę wchodzi trzeci typ szkoły, który Ania określa jako „wypośrodkowany”: szkoła prywatna, o przeciętnym poziomie nauczania, ale bezpieczna, to znaczy taka „bez używek, patologii, konfliktów i innych podobnych tym problemów”.

Wirtualna Polska