Szóstka albo w dziób

artykuł Numer 11/08 NEWSWEEK POLSKA

Obyś cudze dzieci uczył – powtarzali kiedyś ze zniechęceniem nauczyciele, a dzisiaj dodają: i musiał rozmawiać z ich rodzicami.

(foto: PAP)
(foto: PAP)
Są marnie wykształceni, źle opłacani i totalnie sfrustrowani. Nauczyciele. Potrafią rzucić pudełkiem kredy w tablicę podczas lekcji, przez kilka minut kazać klasie siadać i wstawać, żeby ukarać za gadanie, i zachorować, gdy zbliża się matura. Rodzice mogą narzekać na nich godzinami. Rodzice – wiadomo, zagonieni, ale zawsze pełni najlepszych chęci do współpracy. Bo chodzi przecież o ich dzieci. Zorganizują wycieczkę, wyłożą pieniądze na zieloną szkołę, a nawet znajdą sponsora na walentynkowe disco. I naprawdę nie rozumieją, dlaczego nauczyciele mówią o nich często jak o zmorze szkolnych podwórek i pokoi nauczycielskich.

– To nieprawda, że nienawidzimy rodziców – ironizuje Joanna Lorenc, nauczycielka biologii z warszawskiego liceum. – Tylko niektórych chcielibyśmy powystrzelać – dodaje ze złośliwym uśmieszkiem. Na przykład mamusię, która rozgrzesza bójki, ale nie życzy sobie, aby przerabiać „Mistrza i Małgorzatę”, bo tam jest przecież wątek satanistyczny. Albo tatę, który oświadczył ostatnio, że jego dziecko to produkt. Produkt się sprzedaje, gdy ma ładne opakowanie (najlepiej świadectwo z czerwonym paskiem). I po to wysłał dziecko do szkoły – po tę metkę prymusa właśnie.


Poprosiliśmy pedagogów, żeby opowiedzieli nam o swoich najbardziej frustrujących kontaktach z rodzicami. O najczęściej słyszanych roszczeniach i irytujących zachowaniach. Zrobili to z wielką przyjemnością. Tym większą, że nikt ich dotąd o to nie pytał. Przedstawiamy typy najbardziej wkurzające pedagogiczne ciało.

Ambitny zabijaka

To przez niego belfer czuje się jak bohater filmu Pasikowskiego. Obsadzony w roli szwarccharakteru, którego trzeba ścigać, bo dziecko ma za słabe oceny. – Nieważne są postępy w nauce, ważne są dobre cenzurki. Im lepsze, tym większym prestiżem cieszy się rodzina. W tej konkurencji nie ma zasad. Wszystkie chwyty dozwolone – tłumaczy Anna Nowakowska, polonistka z prestiżowego warszawskiego liceum. Prostacka łapówka to jeden z nich. Nowakowska musiała ostatnio odesłać jednej mamie butelkę whisky, którą niby mimochodem zostawiła po wywiadówce.

Dużo skuteczniejsza jest groźba. Paweł Kowal uczy angielskiego w prywatnej szkole w Warszawie, do której swoje dzieci chętnie posyłają zamożni mieszkańcy podstołecznego Pruszkowa. Mafiosi? Nikt nie wymawia tu tego słowa, ale Kowal dyskretnie wskazuje na parking, gdzie rzędem stoją bmw i mercedesy. – Pod koniec zeszłego semestru na korytarzu czekał na mnie ubrany w garnitur ojciec chłopaka, który od pierwszego września nie założył nawet zeszytu. Przeraziłem się, kiedy zobaczyłem, że kołnierzyk ledwo co dopina mu się na grubym, opalonym karku – opowiada Kowal. Ojciec nie przebierał w słowach: „Czemu pan tyle pał młodemu nastawiał? Jak coś się nie podoba, możemy wyjść przed szkołę i załatwić sprawę po męsku” – groził nauczycielowi. I udało mu się. Kowal przestraszył się nie na żarty. – W wakacje poszukam nowej pracy. Mam tego dość. Na ulicy co chwila się odwracam, żeby sprawdzić, czy nie śledzi mnie jakiś pracownik tego tatusia – mówi zastraszony.

Bardziej wytrwała jest Karolina Fular z państwowego liceum w Poznaniu. Już dawno zrezygnowała z przekonywania rodziców, że trója na świadectwie może być wynikiem lenistwa ucznia, a nie fatalnego poziomu szkoły. Przestała, bo oduczyła ją matka jednego z uczniów, z zawodu lekarka. Jej syn, rozpuszczony rozrabiaka, wyjął na przerwie scyzoryk. Podczas bójki przyłożył go koledze do szyi. Nauczycielka wyrwała chłopakowi nóż z ręki i poszła po dyrektorkę. W tym czasie syn zadzwonił do matki, która zagroziła, że jeśli pani Fular nie przestanie krytykować jej dziecka, złoży na nią doniesienie o mobbing. – Cały wieczór szukałam w internecie, o co konkretnie może mnie oskarżyć. Byłam przerażona i wściekła – relacjonuje nauczycielka. Pani doktor nie była w stanie przyjąć do wiadomości, że jej ukochany jedynak nie jest ideałem i na koniec roku żądała bardzo dobrej oceny ze sprawowania. Z poprawnym nie mogła się pogodzić.W szkołach niepublicznych takie sytuacje często kończą się dużo gorzej. – Działamy według zasad wolnego rynku i musimy walczyć o klienta – tłumaczy Marta Jabłońska, nauczycielka z prywatnej podstawówki. Do dziś ją skręca, kiedy przypomni sobie, jak jeden z rodziców „zwolnił” ze szkoły jej koleżankę, matematyczkę. Próbowała spacyfikować agresywnego dzieciaka, ale ten powiedział tylko: „Mój tatuś się z panią policzy”. I policzył się. Uznał, że złe zachowanie syna jest oznaką kiepskich kwalifikacji nauczycieli. A on może synka przenieść do innej, lepszej podstawówki i namówić do tego samego znajomych. Dyrektor wolał nie narażać się na stratę czesnego za kilku uczniów. Zwolnił matematyczkę. Jabłońska na miesiąc zaszyła się na działce w lesie i zastanawiała, czy się nie przekwalifikować na sekretarkę.


Dzisiaj nawet najsurowsi belfrzy boją się nowych sposobów na Alcybiadesa. Z zemsty za złą ocenę rodzice inspirowani przez dzieci mogą posądzić ich na przykład o molestowanie seksualne. Dyrektor liceum w Poznaniu powtarza nowym nauczycielom: zero kontaktu fizycznego z dzieckiem, zero przytulania, nawet jeśli płacze. Żeby nie powtórzyła się historia wymagającego nauczyciela w.f. z Bydgoszczy, który dostał ksywkę Pedofil. Uczennice twierdziły, że za często dotyka je podczas ćwiczeń. Rok trwało postępowanie wyjaśniające. W tym czasie nauczyciel nie miał pracy. Dziś dojeżdża czterdzieści kilometrów do szkoły na wieś. Teraz nawet jeśli uczeń upadnie podczas gry w nogę, nie podaje mu ręki. Na wszelki wypadek.

Każdy pretekst może się okazać skuteczny w walce z wymagającym belfrem. Karolina Fular jest na diecie (bo po feriach przytyła) i na wszelki wypadek codziennie rano dokładnie sprawdza, czy jej garsonki są wystarczająco estetyczne. Bo za „nieestetyczność” w zeszłym roku wyrzucono srogą nauczycielkę z prywatnej szkoły. Jeden z ojców twierdził, że grubawa polonistka z kroplami potu na czole przekazuje dzieciom złe wzorce. Ludzie sukcesu są przecież szczupli. Tata zebrał parę podpisów i dyrektor pożegnał panią z nadwagą.

Przebudzony pracoholik

Pedagodzy rozpoznają go z daleka. Świecący krawat lub skórzane szpilki, wiecznie dzwoniąca komórka i donośny głos. Na belfra patrzy z góry, jeśli akurat podczas rozmowy z nim nie zerka na zegarek. Czasem podrzuci poradnik „Jak wychowywać geniusza”. I traktuje wychowawcę jak menedżera dzieciaków. Przypomina sobie o jego istnieniu, kiedy zbliża się deadline, czyli koniec roku. Ale nawet wtedy nie jest za bardzo zorientowany w poczynaniach dziecka.

Tak jak matka, która wpadła na Piotra Kupca przed zebraniem: „Gdzie jest sala siódmej klasy?” – spytała. To było trzy lata po reformie szkolnictwa. Dzisiaj podstawówka kończy się na szóstej klasie, czego mama nie zauważyła. „Wie pan, ciężko pracuję” – tłumaczyła zmieszana.

Jedna trzecia nauczycieli przebadanych przez Marię Talar z CMPPP (Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej) twierdzi, że rodzice nie współpracują ze szkołą, bo brak im czasu. I przy okazji chętnie zrzucają odpowiedzialność za wychowanie dzieci na pedagogów, pracujących najczęściej w prywatnych szkołach. – Oddają nam dziecko, a jak nie spełnia ich wyśrubowanych wymagań, przychodzą do szkoły z awanturą – mówi Katarzyna Sokół, dyrektorka prywatnego warszawskiego liceum. Niedawno w jej gabinecie pojawił się tata prymusa, którego wychowawczyni przez dwa tygodnie była na zwolnieniu lekarskim. „Mam tylko chwilę na rozmowę, bo zaraz lecę w delegację, ale gdyby mój pracownik zachował się tak nieodpowiedzialnie, zwolniłbym go bez wahania. Wychowawczyni jest od wychowywania dzieci, a jak jej nie ma, to kto ma to robić? Wuefista?” – krzyczał na dyrektorkę.

Joanna Lorenc ze zgrozą przypomina sobie rodziców pracoholików przebudzonych w maju. Syn zaniósł do domu wykaz ocen, a oni wpadli w szał: jak to, trójki zamiast czwórek i piątek? Następnego dnia zjawili się przed szkołą i na chybił trafił wyłapywali nauczycieli, żeby namówić ich do podciągnięcia not. – Ani razu nie przyszli na wywiadówkę, więc nie wiedzieli, jak wyglądam, ale w końcu mnie dopadli. Błagali, żebym postawiła ich synowi czwórkę, bo trója z polskiego w pierwszej klasie może zmarnować mu życie – opowiada Lorenc. – Wściekłam się i wypaliłam na lekcji, że na oceny pracuje się przez cały rok, a jeśli rodzice pojawią się w szkole dwa razy w semestrze, nikomu korona z głowy nie spadnie. Skończyło się aferą u dyrektora, na którą rodzice pracoholicy tym razem bez problemu znaleźli czas.

Leniwy liberał

Ofiara teorii bezstresowego wychowania. Od swego dziecka nie wymaga niczego. Szkoła jednak czegoś wymaga, ale liberał nie wie, jak to pogodzić z domowym luzem. Gdyby żył w erze dzieci kwiatów, najchętniej omówiłby ten problem z synem czy córką, popalając jointa. Wychowawca w jednym z publicznych warszawskich liceów grzmi, że lepiej by było, aby ten typ w ogóle trzymał się od szkoły z daleka. W zeszłym roku chciał skrócić siedmiominutowe przerwy do pięciu. Opadła mu szczęka, kiedy rodzice podpisali petycję z kategoryczną prośbą o nieskracanie przerw. Powód: w pięć minut ich dzieci nie dadzą rady w spokoju zapalić. Nauczycielka z toruńskiego gimnazjum też była w szoku, kiedy poinformowała jedną z matek, że jej syn pali. „Wiem – usłyszała. – Alek jest w nałogu. Jakby chciał rzucić, to przechodziłby katusze. Lepiej niech się skupi na nauce”.
– Wkurza mnie bezradność matek i ojców. Udają luzaków, ale dla mnie to czyste lenistwo i lekceważenie wychowania – twierdzi Halina Mentrak, nauczycielka matematyki z Krakowa. – Kilkanaście lat temu rodzice narzekali, że nie potrafią wpłynąć na swoje dzieci w ostatnich klasach liceum. Dzisiaj słyszę takie opinie od matek i ojców uczniów podstawówek – denerwuje się profesor Andrzej Nalaskowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – To absurd.

Dwunastolatki nie są w stanie same podejmować wyborów dotyczących swojego życia: ani tych o paleniu papierosów, ani do jakiego zdawać gimnazjum – dodaje profesor. Kiedy rodzice umywają ręce, odpowiedzialność spada na nauczycieli. Tyle że w tym przypadku trudno ją unieść, bo typ liberalny z jednej strony chciałby, żeby dziecko w szkole miało dobre wyniki, z drugiej wydaje mu się, że szkoła nie powinna wtrącać się do wychowania. – Pani jest tylko od sprawdzania zadań – usłyszała od takiego rodzica Mentrak, kiedy przyłapała jego syna na uciekaniu z lekcji. Następnego dnia przyniósł jej usprawiedliwienie od ojca: „Adam opuścił lekcje z powodu badań lekarskich”. Przyciśnięty przez nauczycielkę tata wyśpiewał w końcu, że wiedział o wagarach, nie chciał jednak, żeby jego pierworodny miał kiepską ocenę z zachowania. – I jak my mamy uczyć szlachetnych postaw? – wzdycha.

Wieczny uczeń

Jeszcze nie dorósł. A przynajmniej sprawia takie wrażenie. – Kiedy dziesięć lat temu zaczynałam uczyć, na pierwszej wywiadówce myślałam, że zwariowałam. Wchodzę do klasy, odczytuję listę i okazuje się, że większość rodziców usiadła tam, gdzie na lekcji siedzą ich dzieci – relacjonuje Zofia Kot, polonistka z warszawskiego gimnazjum. Na lekcjach w pierwszej ławce skrzętnie notuje kujonica Magda, jej mama w tym samym miejscu na zebraniu wyciąga notes i wszystko zapisuje. Rano łobuz Romek siada na samym końcu. Wieczorem jego ojciec chowa się za plecami innych rodziców na tym samym krześle, co syn.

– A kiedy tłumaczę, że Romek ma talent do wypracowań, ale nie chce mu się odrabiać lekcji i może wspólnie pomyślimy, jak go motywować, obraża się na mnie. Tak jakby to on nie miał pracy domowej – opowiada polonistka.

Gorzej, jeśli ciągle jest uczniem z ostatniej ławki. Tak jak mama, która na zebraniu pod nosem komentowała każde słowo Aliny Michalak, nauczycielki z toruńskiej podstawówki. – W końcu poprosiłam, żeby podzieliła się swoimi spostrzeżeniami ze wszystkimi. Pani zamilkła. A po wywiadówce nadawała na mnie innym rodzicom na korytarzu. Musiałam przeczekać ten atak w łazience – wspomina Michalak.

Z badań prof. Nalaskowskiego wynika, że szkoła infantylizuje rodziców. Bo czy poważnie może zachowywać się pani po trzydziestce, wciśnięta w miniaturowe krzesełko z przymocowanym na stałe blatem? Niektórym nauczycielom wydaje się jednak, że rodzicom ten powrót do przeszłości bardzo pasuje. Bo w końcu mogą nawymyślać nauczycielom i zemścić się za własne rany wyniesione ze szkoły. Tym razem bezkarnie.

PS Rodzic empatyczny i obowiązkowy coraz częściej pojawia się w sferze belferskich marzeń. Chociaż sprawiedliwie trzeba przyznać, że i takie przypadki się zdarzają. Po jednej z wywiadówek, która skończyła się bitwą rodziców (zwolennicy wycieczki w góry kontra entuzjaści dodatkowych zajęć przed maturą), zatroskana mama podeszła do Haliny Mentrak i powiedziała: – Będę się za panią codziennie modlić. Inaczej pani tego nie przetrwa.

Nazwiska nauczycieli zostały zmienione

Maja Gawrońsk

Podwyżki dla nauczycieli są za małe

Zaproponowany wzrost pensji nauczycieli o około 200 złotych to  wszystko, na co rząd stać w tej chwili.

W Warszawie demonstrowało 12 tysięcy nauczycieli zrzeszonych w Związku Nauczycielstwa Polskiego. Domagali się wzrostu płac o 600 złotych dla nauczyciela stażysty i o 1100 złotych dla nauczyciela dyplomowanego. Donald Tusk zaznaczył, że przyznane przez jego rząd podwyżki są za małe, ale realne. Premier podkreślił, że jego rząd dokonał radykalnych zmian w budżecie umożliwiając wzrost pensji nauczycieli i że jest to największa podwyżka od wielu lat.

komentarze do artykułu 😉

————————————————————————

2008-01-19 13:57:32 | 195.140.236.* | Maxxxel
Re: Tusk: Podwyżki dla nauczycieli są za małe [10]
No nie opowiadajcie że nauczyciel mało pracuje:
2 – 4 godziny dziennie to full roboty
2 miesiące wakacji,
2 tygodnie ferii zimowych,
2 tygodnie normalnego urlopu w trakcie roku szkolnego.
Reasumując:
ok 18 godzin tygodniowo * 4 tyg/m-c = 72 h/m-c 1500 brutto / 72 h = +/- 20 zł/h brutto

Czyli gdyby pracowali jak przeciętny etatowicz 150-180 h to by mieli 20*180 = 3600 zł/m-c
czyli 3600 zł/m-c * 12 = 43200 zł/rok ale pracyją tylko 10 miesięcy więc 43200 / 10 = 4320 ZA
MIESIĄC
czyli nauczyciel zarabia REALNIE OK. 4300 brutto czyli ok 3000 DO ŁAPKI
Chyba że popełniłem jakiś błąd w logice.

————————————————————————-

2008-04-26 23:29:42 | 83.6.141.* | nauczycielka
Szanowny kolego. Co ty wiesz o nauczaniu. Z twoich skrupulatnych wyliczeń wynika, że nauczyciele
to po prostu dostają pieniądze za darmola. Dlaczego zatem nie wybrałeś tego zawodu. Uczelnie
pedagogiczne stoją otworem. Zapraszam do pracy w gimnazjum. Gwarantuję, że nie wytrzymasz tam
nawet kilku godzin. Primo: wejdź sobie do trzydziestoosobowej klasy 16 latków i spraw aby
łaskawie raczyli się uciszyć. Secundo: Teraz musisz sprawić, aby zainteresowali się tym, co masz
im do przekazania i uczestniczyli w lekcji. Oczywiście naczelnym Twoim zadaniem będzie dobrze
przygotować bractwo do końcowego egzaminu gimnazjalnego. Jeżeli młodzież nie ma ochoty się uczyć
to i tak za słabe wyniki w nauce odpowiada zawsze nauczyciel. Zapomniałeś do tego mądrego
matematycznego obliczenia dodać jeszcze kilu szczególików. Niestety jesteś w błędzie. nauczyciel
nie pracuje 18 godzin tygodniowo jak twierdzisz, ale 40 z czego 18 stanowią godziny dydaktyczne.
Ty zapewne po skończeniu swojej nader ciężkiej pracy wracasz do domku i cześć pracy. Nasza praca
nie kończy się w szkole. Czasami wracamy do domu jak wielbłądy z torbami wypakowanymi po brzegi
sprawdzianami, klasówkami itp. To nasza praca domowa na kolejny dzień. Do tego musimy się jeszcze
przygotować do kolejnej lekcji. Nie zapomnij też o zebraniach Rady Pedagogicznej, zebraniach z
rodzicami, szkoleniach, wyjazdach metodycznych. Nie wspominając oczywiście o całej papierologii
związanej z pokonywaniem kolejnych stopni awansu zawodowego. To wszystko jest wpisane w nasze
obowiązki. Niestety kosztem moich dzieci. Chciałabym tutaj jeszcze dodać, że bardzo przydałyby mi
się te dwa tygodnie normalnego urlopu w trakcie roku szkolnego. Ty chyba jesteś z kosmosu. Nikt z
nas nie ma nawet jednego dnia wolnego ponad te dni, które maja wolne uczniowie. Kiedy np muszę z
dzieckiem pojechać na kontrolną wizytę do lekarza specjalisty (mam dwójkę dzieci alergicznych) to
albo koleżanki biorą za mnie niepłatne zastępstwa koleżeńskie, albo biorę urlop bezpłatny Innej
możliwości nie mam. Na koniec powiem tylko tyle: albo Ty jesteś bardzo skrzywdzony przez swoich
byłych nauczycieli, albo bardzo niedoinformowany. Życzę powodzenia.

————————————————————————-

2008-03-11 09:41:24 | 83.30.125.* | ucząca.
Jakim cudem wyszło ci 2-4 godz. dziennie? Nauczyciel średnio ma 19 godzin tygodniowo przy
tablicy. A przygotowanie do lekcji, sprawdzanie prac, klasówek, zeszytów, ćwiczeniówek? A zajecia
pozalekcyjne, w większości gmin bezpłatne? A przygotowanie do konkursów, zawodów, akademii i
różnych imprez, których celem jest zbieranie funduszy dla szkoły, bo gminy nawet na kredzie
oszczędzają. A spotkania z rodzicami, wyjazdy do teatru, kina, na wycieczki kilkudniowe(24 godz.
Dziennie opieki?) A doskonalenie zawodowe? Podczas wakacji mamy tylko 6 tygodni wolne, pozostały
czas spędzamy w szkole- prace związane z zakonczeniem, a póżniej rozpoczęciem roku szkolnego. I
nie ma żadnego urlopu w czasie roku szkolnego, chyba, że bezpłatny.

————————————————————————-

2008-02-11 17:04:53 | 87.99.24.* | IVRP

Chyba że popełniłem jakiś błąd w logice.

Twój tekst Maxxxel nie jest ani logiczny, ani mądry, co najwyżej głupiomądry. Stąd jeżeli masz
studia wyższe, to co nawyżej na Wyższej Szkole Gotowania i Prasowania – na inne studia masz zbyt
niskie IQ.
Może kilka faktów. A więc po pierwsze nauczyciele mają wyższe wykształcenie. Od tego trzeba
zacząć.
Setki sprawdzianów same się sprawdzają?
Wyobraźmy sobie nauczyciela w szkole przygotowującej do matury….Dziesiątki referatów same się
czytają i oceniają ?
Dziesiątki zeszytów uczniowskich same się oceniają ?
Dodatkowo: nauczyciel wychowawca jedzie na wycieczkę szkolną przynajmniej raz do roku. Wycieczka
trwa np. 3-4 dni. Nauczyciel jest odpowiedzialny za młodzież 24 godziny na dobę. Więc jedzie np.
na 72 godziny, a ma płacone co najwyżej za ilość godzin, które miałby gdyby nie jechał. Są jacyś
chętni, aby sobie zrobić wycieczkę z 15 letnimi gimnazjalistami za jakieś 100 zł (za całość) ?
No a rady pedagogiczne, szkolenia itp. ? Ktoś za to zapłaci ? To wszystko w ramach owych 18
godzin, które trzeba odpracować i ani godziny mniej. Gdybyś Maxxxel miał jakieś porządne
wykształcenie, to zaproponowałbym Ci abyś poszukał pracy w szkole i sam tych miodów zaznał.
życzyłbym Ci jeszcze jakiejś u********** Dyrektorki, która katowałaby Cię nieskończonymi
sprawozdaniami, akademiami itp.
Chętnie przeczytałbym wynurzenia Maxxxela po szkolnych doświadczeniach….

na podstawie artykułu  money.pl

Realizacja zadań szkoły w kontekście praw człowieka

Ministerialny priorytet Ministra Edukacji Narodowej z zakresu nadzoru pedagogicznego na rok szkolny 2008/09 zakładający badanie skuteczność realizacji podstaw programowych w zakresie zagadnień związanych z nauczaniem i wychowaniem w kontekście praw człowieka wynika w pierwszej kolejności z przyjętych w dniu 17 maja 2007 roku zapisów Programu Działań Rządu w sprawie wykonywania wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wobec Rzeczypospolitej Polskiej.

Jak wiadomo Polska jest stroną Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności (od 19 stycznia 1993r.) a ponadto uznaje jurysdykcję Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (od 30 kwietnia 1993r.)- w tym prawa do skargi indywidualnej. Zgodnie z art. 1 Konwencji państwa-strony zapewniają każdemu człowiekowi, podlegającemu ich jurysdykcji, prawa i wolności określone w powyższym dokumencie- między innymi do przestrzegania ostatecznych wyroków Trybunałowe wszystkich sprawach, w których są stronami.

Nad wykonywaniem wyroków Trybunału czuwa Komitet Ministrów Rady Europy, który określa środki, jakie państwa powinny podjąć w celu ich wykonania. Środki te coraz częściej mają charakter ogólny i dotyczą przede wszystkim oczekiwań co do zmian prawa lub praktyki krajowej, które wywołują naruszenie praw człowieka stwierdzone następnie odpowiednimi wyrokami Trybunału. Co więcej sam Trybunał coraz częściej decyduje się na wydawanie wyroków pilotażowych, w których wskazuje na systemowe przyczyny naruszani Konwencji i nakazuje ich usunięcie. Dzieje się tak na skutek tego, że do Trybunału trafia coraz więcej spraw, w których naruszenie ma źródło w podobnym stanie prawnym bądź faktycznym.

Stąd też w celu zwiększenia skuteczności wykonywania wyroków Trybunału, a przede wszystkim zapobiegania stwierdzeniu naruszenia przez Polskę Konwencji, planuje się podjęcie się w naszym kraju systematyczne działania mające na celu poprawę ustawodawstwa i praktyki w dziedzinie praw człowieka. Jednym z planowanych działań w tym zakresie jest planowane upowszechnianie wiedzy na temat Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności oraz orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Ministerstwo Edukacji Narodowej ma za zadanie między innymi prowadzenie działań promujących wiedzę o prawach człowieka w drodze między innymi kontynuowania i rozwoju Olimpiady Wiedzy o Prawach Człowieka a także poprzez dokonanie przeglądu podstawy programowej kształcenia ogólnego i innych aktów wykonawczych w celu sprecyzowania priorytetów nadzoru pedagogicznego w zakresie nauczania i wychowania w kontekście praw człowieka. Jak się okazało pierwszym krokiem w tym kierunku jest nałożenie na szkoły obowiązku realizacji podstaw programowych w zakresie zagadnień związanych z nauczaniem i wychowaniem w kontekście praw człowieka.

Co to są prawa człowieka?

Współczesne rozumienie pojęcia „prawa człowieka” ukształtowało się wkrótce po II wojnie światowej, kiedy to racjonalny świat próbował zrozumieć, co spowodowało, że stosunkowo niewielka grupa ludzi próbowała w sposób bezwzględny podporządkować sobie cały świat w imię przypisanych sobie szczególnych uprawnień do decydowania o losie innych. W efekcie tej ogólnoświatowej refleksji ustalono, że prawa człowieka to zbiór praw i wolności przysługujący pojedynczym osobom, których to praw i wolności naruszać nie wolno.

W szczególności przestrzegania tej zasady pilnować powinny państwa, które mimo, iż kierowane przez reprezentacje wybrane wolą większości, nie mogą w imieniu innych ograniczyć niezbywalnych praw pojedynczych ludzi. Stąd można powiedzieć, że prawa i wolności jednostki ludzkiej, to przede wszystkim ograniczenie woli większości wobec niej, co można rozumieć, że prawa i wolności człowieka wytyczają granice władzy większości w społeczeństwie demokratycznym.

Zgodnie zaś z definicją podręcznikową – prawa człowieka to pojęcie reprezentujące koncepcję, według której każdemu człowiekowi przysługują pewne prawa, wynikające z godności człowieka, które są niezbywalne (nie można się ich zrzec), nienaruszalne (istnieją niezależnie od władzy i nie mogą być przez nią regulowane), naturalne i niepodzielne. Połączenie obu wymienionych wyżej założeń wskazuje na to, że prawa człowieka występują wyłącznie w relacjach jednostki z państwem i zawsze mają charakter indywidualny.

Nie możemy więc mówić ani o prawach dzieci czy uczniów, ale o prawach pojedynczego dziecka czy pojedynczego ucznia i w taki też sposób- indywidualny, należy rozpatrywać poszczególne przypadki łamania tych praw .

Prawa człowieka w edukacji

(…)

Mówiąc o prawach człowieka w edukacji należy je rozpatrywać w odniesieniu do nauczycieli, uczniów i rodziców pozostających w stałych kontaktach ze szkołą i nauczycielami. Nie można zapomnieć o prawach grupowych. Do nich należy zakaz dyskryminacji rasowej lub religijnej przy dostępie do edukacji. Istotną sprawą jest zagwarantowanie praw mniejszościom narodowym i kulturowym. Na szczególną uwagę zasługuje prawo do dobrej edukacji specjalnej dla uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Dookoła powstają jak grzyby po deszczu placówki integracyjne, w których dzieci niepełnosprawne wraz z pełnosprawnymi wspólnie uczą się tolerancji, pokonywania barier, życzliwości wobec siebie i współżycia w jednym społeczeństwie.

Fragment artykułu pochodzi z publikacji: Skuteczne zarządzanie szkołą podstawową i gimnazjum

Podwyżki dla nauczycieli i więcej pracy

Nauczyciele zarobią średnio od 381 zł do 586 zł więcej. Będą też musieli więcej popracować. Tak Platforma przygotowuje szkoły na przyjęcie sześciolatków.

Prezydent Kaczyński podpisał uchwaloną przez Sejm nowelizację ustawy Karta nauczyciela z podwyżkami pensji i dodatkowymi godzinami pracy w szkole. To oznacza dla nauczycieli: pierwszą podwyżkę już w styczniu, a od września drugą plus dodatkowe zajęcia.

Według MEN ustawa jest „spełnieniem obietnic złożonych nauczycielom przez rząd, że ich trudna, odpowiedzialna praca będzie coraz lepiej doceniana”. Rzeczywiście Donald Tusk o nauczycielskich podwyżkach wspominał w niemal każdym przemówieniu podsumowującym kolejne etapy pracy jego rządu. Nauczycieli określił mianem „soli tej ziemi”.

Jakie podwyżki?

Dwa razy po 5 proc. – pierwszy raz w styczniu, a drugi – we wrześniu. Z końcem roku nauczyciele będą zarabiali więcej (według kolejnych stopni awansu zawodowego): stażyści – o 586 zł (najwyższa podwyżka ma ich zatrzymać w zawodzie), kontraktowi – 412 zł, mianowani – 316 zł, a dyplomowani – 381 zł brutto. To jednak średnia – ile realnie dostaną poszczególni nauczyciele, będzie wiadomo lepiej, kiedy minister edukacji wyda rozporządzenie, w którym określi tzw. minimalne płace. Dopiero w styczniu rozpoczną się w tej sprawie negocjacje ze związkami zawodowymi. A potem na podstawie rozporządzenia MEN samorządy określą ostatecznie wysokość dodatków do pensji zasadniczej (dodatki np. za wysługę lat, motywacyjny czy za wychowawstwo stanowią ok. jednej trzeciej nauczycielskiej pensji). Właśnie z tego powodu nauczycielskie podwyżki wypłacane są zazwyczaj najwcześniej w kwietniu, z wyrównaniem od początku roku. Tym razem będzie podobnie. Ale dodatkowo jeszcze we wrześniu nauczyciele dostaną kolejne 5 proc. podwyżki. W rezultacie pod koniec roku ich płace sięgną średnio 2287 zł dla stażystów, 2538 zł dla nauczycieli kontraktowych. 3293 zł dla mianowanych i 4208 zł dla nauczycieli dyplomowanych (brutto).

Dlaczego dwie podwyżki, a nie jedna? Bo zmieniają się programy szkolne na każdym etapie nauczania: do szkół mają iść sześciolatki, a gimnazja i licea będą uczyły w inny sposób (będzie np. dużo zajęć do wyboru dla ucznia). Min. Katarzyna Hall tę decyzję komentowała od początku w ten sposób: – Jeśli nowe zadania, to wyższa pensja .

Bo jest i druga strona medalu – dodatkowe godziny pracy.

Ile pracy więcej?

Od września nauczycielom każdego typu szkół przybędzie jedna godzina pracy więcej. Ale już w 2010 r. – kolejna dla nauczycieli ze szkół podstawowych i gimnazjów. Rząd zapowiada też, że to jeszcze nie koniec zmian w nauczycielskim czasie pracy.

Teraz jest tak: nauczyciele pracują, jak wszyscy 40 godzin w tygodniu. Ale rozliczają się tylko z 18 godzin lekcyjnych. Pozostały czas mają poświęcić na przygotowanie do lekcji i douczanie. Od września dodatkową godzinę w tygodniu w szkołach będą musieli poświęcić na zajęcia wyrównawcze albo ze zdolnymi uczniami oraz na zajęcia opiekuńcze. O jakie zajęcia chodzi, zdecydują dyrektorzy szkół. MEN zostawił im wolną rękę, tym bardziej że z wypracowania tych dodatkowych godzin nauczyciel będzie się rozliczał raz w semestrze. Może więc się zdarzyć, że zamiast systematycznego kółka dla zdolnych uczniów, poprowadzi jakiś intensywny kurs tuż przed egzaminami.

Jednak MEN nie tylko po to wprowadza tę zmianę.

Oficjalnie minister Hall podkreśla, że chodzi o podniesienie jakości nauczania, wyrównanie szans. Szef doradców premiera Michał Boni mówił w wywiadzie dla „Gazety”, że dla lepszych wyników szkoły „nauczyciele muszą pracować więcej z każdym uczniem – mniej zdolnym, ale i tym zdolnym”. Przede wszystkim jednak chodzi o to, żeby w podstawówkach zapewnić pedagogów na dyżury w świetlicach dla sześciolatków.

Bo według projektów rządu pierwsze maluchy mają iść do szkoły już w 2009 r. A rząd obiecał rodzicom, że będą miały opiekę jak w przedszkolu – czyli do godzin popołudniowych, aż rodzice wrócą z pracy. I chociaż Sejm jeszcze nie uchwalił obniżenia wieku szkolnego (teraz do pierwszej klasy idą dzieci siedmioletnie), w uzasadnieniu ustawy Karta nauczyciela MEN przyznaje otwarcie: „Projektowane zmiany należy rozpatrywać przez pryzmat zmian w systemie oświaty w zakresie objęcia naukę dzieci o rok młodszych”.

Źródło: Gazeta Wyborcza 2009

Dodatkowe godziny „Karta Nauczyciela” – regulacja

Od 1 września 2009 r. nauczyciele szkół podstawowych i gimnazjów (w tym szkół specjalnych) oraz szkół ponadgimnzjalnych zobowiązani będą do realizacji zajęć w ramach godzin przeznaczonych do dyspozycji dyrektora szkoły (z wyjątkiem godzin zwiększających obowiązkowe zajęcia edukacyjne) lub zajęć świetlicowych (tylko nauczyciele szkół podstawowych i gimnazjów) 1 godziny w tygodniu (od 1 września 2010 r. – 2 godzin w tygodniu w przypadku nauczycieli szkół podstawowych i gimnazjów). Godzin tych nie wlicza się do obowiązkowego pensum nauczyciela.

Zajęcia dodatkowe z uczniami muszą wynikać ze statutu szkoły

Do zajęć statutowych szkoły zalicza się zajęcia takie jak np.:

  • koła zainteresowań,
  • zajęcia wyrównawcze,
  • przygotowanie do olimpiad przedmiotowych, zawodów sportowych, egzaminów,
  • prowadzenie chóru szkolnego,
  • prowadzenie zajęć ze szkolnym klubem sportowym,
  • organizacja uroczystości szkolnych itp.

INFO: Wymiar i zakres zajęć dodatkowych ustala dyrektor w porozumieniu z radą pedagogiczną

Nie jest możliwe wyszczególnienie wszystkich takich zajęć, o ich rodzaju bowiem decyduje statut konkretnej szkoły oraz plan pracy szkoły. Godzinowy wymiar i zakres takich zajęć powinien zostać ustalony przez dyrektora szkoły w porozumieniu z radą pedagogiczną. Natomiast przydzielanie takich zadań konkretnym nauczycielom następuje z uwzględnieniem opinii rady pedagogicznej w zakresie organizacji szkoły, w tym tygodniowego rozkładu zajęć lekcyjnych i pozalekcyjnych. Po wyrażeniu opinii przez radę pedagogiczną dyrektor szkoły nie musi się w kwestii realizacji zadań statutowych porozumiewać z każdym nauczycielem osobno. Nauczyciel ma obowiązek realizować dodatkowe zadania, o ile wynikają one ze statutu szkoły Aby można było egzekwować od nauczycieli realizację zadań statutowych szkoły w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy, muszą one wynikać ze statutu.

Podstawa prawna:

  • art. 42 ust. 1, ust. 2 ustawy z 26 stycznia 1982 r. – Karta Nauczyciela (Dz.U. z 2006 r. Nr 97, poz. 674 ze zm.) – w brzmieniu obowiązującym do 1 września 2009 r.,
  • art. 41 ust. 2 pkt 1 ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty (Dz.U. z 2004 r. Nr 256, poz. 2572 ze zm.).