Szóstka albo w dziób

artykuł Numer 11/08 NEWSWEEK POLSKA

Obyś cudze dzieci uczył – powtarzali kiedyś ze zniechęceniem nauczyciele, a dzisiaj dodają: i musiał rozmawiać z ich rodzicami.

(foto: PAP)
(foto: PAP)
Są marnie wykształceni, źle opłacani i totalnie sfrustrowani. Nauczyciele. Potrafią rzucić pudełkiem kredy w tablicę podczas lekcji, przez kilka minut kazać klasie siadać i wstawać, żeby ukarać za gadanie, i zachorować, gdy zbliża się matura. Rodzice mogą narzekać na nich godzinami. Rodzice – wiadomo, zagonieni, ale zawsze pełni najlepszych chęci do współpracy. Bo chodzi przecież o ich dzieci. Zorganizują wycieczkę, wyłożą pieniądze na zieloną szkołę, a nawet znajdą sponsora na walentynkowe disco. I naprawdę nie rozumieją, dlaczego nauczyciele mówią o nich często jak o zmorze szkolnych podwórek i pokoi nauczycielskich.

– To nieprawda, że nienawidzimy rodziców – ironizuje Joanna Lorenc, nauczycielka biologii z warszawskiego liceum. – Tylko niektórych chcielibyśmy powystrzelać – dodaje ze złośliwym uśmieszkiem. Na przykład mamusię, która rozgrzesza bójki, ale nie życzy sobie, aby przerabiać „Mistrza i Małgorzatę”, bo tam jest przecież wątek satanistyczny. Albo tatę, który oświadczył ostatnio, że jego dziecko to produkt. Produkt się sprzedaje, gdy ma ładne opakowanie (najlepiej świadectwo z czerwonym paskiem). I po to wysłał dziecko do szkoły – po tę metkę prymusa właśnie.


Poprosiliśmy pedagogów, żeby opowiedzieli nam o swoich najbardziej frustrujących kontaktach z rodzicami. O najczęściej słyszanych roszczeniach i irytujących zachowaniach. Zrobili to z wielką przyjemnością. Tym większą, że nikt ich dotąd o to nie pytał. Przedstawiamy typy najbardziej wkurzające pedagogiczne ciało.

Ambitny zabijaka

To przez niego belfer czuje się jak bohater filmu Pasikowskiego. Obsadzony w roli szwarccharakteru, którego trzeba ścigać, bo dziecko ma za słabe oceny. – Nieważne są postępy w nauce, ważne są dobre cenzurki. Im lepsze, tym większym prestiżem cieszy się rodzina. W tej konkurencji nie ma zasad. Wszystkie chwyty dozwolone – tłumaczy Anna Nowakowska, polonistka z prestiżowego warszawskiego liceum. Prostacka łapówka to jeden z nich. Nowakowska musiała ostatnio odesłać jednej mamie butelkę whisky, którą niby mimochodem zostawiła po wywiadówce.

Dużo skuteczniejsza jest groźba. Paweł Kowal uczy angielskiego w prywatnej szkole w Warszawie, do której swoje dzieci chętnie posyłają zamożni mieszkańcy podstołecznego Pruszkowa. Mafiosi? Nikt nie wymawia tu tego słowa, ale Kowal dyskretnie wskazuje na parking, gdzie rzędem stoją bmw i mercedesy. – Pod koniec zeszłego semestru na korytarzu czekał na mnie ubrany w garnitur ojciec chłopaka, który od pierwszego września nie założył nawet zeszytu. Przeraziłem się, kiedy zobaczyłem, że kołnierzyk ledwo co dopina mu się na grubym, opalonym karku – opowiada Kowal. Ojciec nie przebierał w słowach: „Czemu pan tyle pał młodemu nastawiał? Jak coś się nie podoba, możemy wyjść przed szkołę i załatwić sprawę po męsku” – groził nauczycielowi. I udało mu się. Kowal przestraszył się nie na żarty. – W wakacje poszukam nowej pracy. Mam tego dość. Na ulicy co chwila się odwracam, żeby sprawdzić, czy nie śledzi mnie jakiś pracownik tego tatusia – mówi zastraszony.

Bardziej wytrwała jest Karolina Fular z państwowego liceum w Poznaniu. Już dawno zrezygnowała z przekonywania rodziców, że trója na świadectwie może być wynikiem lenistwa ucznia, a nie fatalnego poziomu szkoły. Przestała, bo oduczyła ją matka jednego z uczniów, z zawodu lekarka. Jej syn, rozpuszczony rozrabiaka, wyjął na przerwie scyzoryk. Podczas bójki przyłożył go koledze do szyi. Nauczycielka wyrwała chłopakowi nóż z ręki i poszła po dyrektorkę. W tym czasie syn zadzwonił do matki, która zagroziła, że jeśli pani Fular nie przestanie krytykować jej dziecka, złoży na nią doniesienie o mobbing. – Cały wieczór szukałam w internecie, o co konkretnie może mnie oskarżyć. Byłam przerażona i wściekła – relacjonuje nauczycielka. Pani doktor nie była w stanie przyjąć do wiadomości, że jej ukochany jedynak nie jest ideałem i na koniec roku żądała bardzo dobrej oceny ze sprawowania. Z poprawnym nie mogła się pogodzić.W szkołach niepublicznych takie sytuacje często kończą się dużo gorzej. – Działamy według zasad wolnego rynku i musimy walczyć o klienta – tłumaczy Marta Jabłońska, nauczycielka z prywatnej podstawówki. Do dziś ją skręca, kiedy przypomni sobie, jak jeden z rodziców „zwolnił” ze szkoły jej koleżankę, matematyczkę. Próbowała spacyfikować agresywnego dzieciaka, ale ten powiedział tylko: „Mój tatuś się z panią policzy”. I policzył się. Uznał, że złe zachowanie syna jest oznaką kiepskich kwalifikacji nauczycieli. A on może synka przenieść do innej, lepszej podstawówki i namówić do tego samego znajomych. Dyrektor wolał nie narażać się na stratę czesnego za kilku uczniów. Zwolnił matematyczkę. Jabłońska na miesiąc zaszyła się na działce w lesie i zastanawiała, czy się nie przekwalifikować na sekretarkę.


Dzisiaj nawet najsurowsi belfrzy boją się nowych sposobów na Alcybiadesa. Z zemsty za złą ocenę rodzice inspirowani przez dzieci mogą posądzić ich na przykład o molestowanie seksualne. Dyrektor liceum w Poznaniu powtarza nowym nauczycielom: zero kontaktu fizycznego z dzieckiem, zero przytulania, nawet jeśli płacze. Żeby nie powtórzyła się historia wymagającego nauczyciela w.f. z Bydgoszczy, który dostał ksywkę Pedofil. Uczennice twierdziły, że za często dotyka je podczas ćwiczeń. Rok trwało postępowanie wyjaśniające. W tym czasie nauczyciel nie miał pracy. Dziś dojeżdża czterdzieści kilometrów do szkoły na wieś. Teraz nawet jeśli uczeń upadnie podczas gry w nogę, nie podaje mu ręki. Na wszelki wypadek.

Każdy pretekst może się okazać skuteczny w walce z wymagającym belfrem. Karolina Fular jest na diecie (bo po feriach przytyła) i na wszelki wypadek codziennie rano dokładnie sprawdza, czy jej garsonki są wystarczająco estetyczne. Bo za „nieestetyczność” w zeszłym roku wyrzucono srogą nauczycielkę z prywatnej szkoły. Jeden z ojców twierdził, że grubawa polonistka z kroplami potu na czole przekazuje dzieciom złe wzorce. Ludzie sukcesu są przecież szczupli. Tata zebrał parę podpisów i dyrektor pożegnał panią z nadwagą.

Przebudzony pracoholik

Pedagodzy rozpoznają go z daleka. Świecący krawat lub skórzane szpilki, wiecznie dzwoniąca komórka i donośny głos. Na belfra patrzy z góry, jeśli akurat podczas rozmowy z nim nie zerka na zegarek. Czasem podrzuci poradnik „Jak wychowywać geniusza”. I traktuje wychowawcę jak menedżera dzieciaków. Przypomina sobie o jego istnieniu, kiedy zbliża się deadline, czyli koniec roku. Ale nawet wtedy nie jest za bardzo zorientowany w poczynaniach dziecka.

Tak jak matka, która wpadła na Piotra Kupca przed zebraniem: „Gdzie jest sala siódmej klasy?” – spytała. To było trzy lata po reformie szkolnictwa. Dzisiaj podstawówka kończy się na szóstej klasie, czego mama nie zauważyła. „Wie pan, ciężko pracuję” – tłumaczyła zmieszana.

Jedna trzecia nauczycieli przebadanych przez Marię Talar z CMPPP (Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej) twierdzi, że rodzice nie współpracują ze szkołą, bo brak im czasu. I przy okazji chętnie zrzucają odpowiedzialność za wychowanie dzieci na pedagogów, pracujących najczęściej w prywatnych szkołach. – Oddają nam dziecko, a jak nie spełnia ich wyśrubowanych wymagań, przychodzą do szkoły z awanturą – mówi Katarzyna Sokół, dyrektorka prywatnego warszawskiego liceum. Niedawno w jej gabinecie pojawił się tata prymusa, którego wychowawczyni przez dwa tygodnie była na zwolnieniu lekarskim. „Mam tylko chwilę na rozmowę, bo zaraz lecę w delegację, ale gdyby mój pracownik zachował się tak nieodpowiedzialnie, zwolniłbym go bez wahania. Wychowawczyni jest od wychowywania dzieci, a jak jej nie ma, to kto ma to robić? Wuefista?” – krzyczał na dyrektorkę.

Joanna Lorenc ze zgrozą przypomina sobie rodziców pracoholików przebudzonych w maju. Syn zaniósł do domu wykaz ocen, a oni wpadli w szał: jak to, trójki zamiast czwórek i piątek? Następnego dnia zjawili się przed szkołą i na chybił trafił wyłapywali nauczycieli, żeby namówić ich do podciągnięcia not. – Ani razu nie przyszli na wywiadówkę, więc nie wiedzieli, jak wyglądam, ale w końcu mnie dopadli. Błagali, żebym postawiła ich synowi czwórkę, bo trója z polskiego w pierwszej klasie może zmarnować mu życie – opowiada Lorenc. – Wściekłam się i wypaliłam na lekcji, że na oceny pracuje się przez cały rok, a jeśli rodzice pojawią się w szkole dwa razy w semestrze, nikomu korona z głowy nie spadnie. Skończyło się aferą u dyrektora, na którą rodzice pracoholicy tym razem bez problemu znaleźli czas.

Leniwy liberał

Ofiara teorii bezstresowego wychowania. Od swego dziecka nie wymaga niczego. Szkoła jednak czegoś wymaga, ale liberał nie wie, jak to pogodzić z domowym luzem. Gdyby żył w erze dzieci kwiatów, najchętniej omówiłby ten problem z synem czy córką, popalając jointa. Wychowawca w jednym z publicznych warszawskich liceów grzmi, że lepiej by było, aby ten typ w ogóle trzymał się od szkoły z daleka. W zeszłym roku chciał skrócić siedmiominutowe przerwy do pięciu. Opadła mu szczęka, kiedy rodzice podpisali petycję z kategoryczną prośbą o nieskracanie przerw. Powód: w pięć minut ich dzieci nie dadzą rady w spokoju zapalić. Nauczycielka z toruńskiego gimnazjum też była w szoku, kiedy poinformowała jedną z matek, że jej syn pali. „Wiem – usłyszała. – Alek jest w nałogu. Jakby chciał rzucić, to przechodziłby katusze. Lepiej niech się skupi na nauce”.
– Wkurza mnie bezradność matek i ojców. Udają luzaków, ale dla mnie to czyste lenistwo i lekceważenie wychowania – twierdzi Halina Mentrak, nauczycielka matematyki z Krakowa. – Kilkanaście lat temu rodzice narzekali, że nie potrafią wpłynąć na swoje dzieci w ostatnich klasach liceum. Dzisiaj słyszę takie opinie od matek i ojców uczniów podstawówek – denerwuje się profesor Andrzej Nalaskowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – To absurd.

Dwunastolatki nie są w stanie same podejmować wyborów dotyczących swojego życia: ani tych o paleniu papierosów, ani do jakiego zdawać gimnazjum – dodaje profesor. Kiedy rodzice umywają ręce, odpowiedzialność spada na nauczycieli. Tyle że w tym przypadku trudno ją unieść, bo typ liberalny z jednej strony chciałby, żeby dziecko w szkole miało dobre wyniki, z drugiej wydaje mu się, że szkoła nie powinna wtrącać się do wychowania. – Pani jest tylko od sprawdzania zadań – usłyszała od takiego rodzica Mentrak, kiedy przyłapała jego syna na uciekaniu z lekcji. Następnego dnia przyniósł jej usprawiedliwienie od ojca: „Adam opuścił lekcje z powodu badań lekarskich”. Przyciśnięty przez nauczycielkę tata wyśpiewał w końcu, że wiedział o wagarach, nie chciał jednak, żeby jego pierworodny miał kiepską ocenę z zachowania. – I jak my mamy uczyć szlachetnych postaw? – wzdycha.

Wieczny uczeń

Jeszcze nie dorósł. A przynajmniej sprawia takie wrażenie. – Kiedy dziesięć lat temu zaczynałam uczyć, na pierwszej wywiadówce myślałam, że zwariowałam. Wchodzę do klasy, odczytuję listę i okazuje się, że większość rodziców usiadła tam, gdzie na lekcji siedzą ich dzieci – relacjonuje Zofia Kot, polonistka z warszawskiego gimnazjum. Na lekcjach w pierwszej ławce skrzętnie notuje kujonica Magda, jej mama w tym samym miejscu na zebraniu wyciąga notes i wszystko zapisuje. Rano łobuz Romek siada na samym końcu. Wieczorem jego ojciec chowa się za plecami innych rodziców na tym samym krześle, co syn.

– A kiedy tłumaczę, że Romek ma talent do wypracowań, ale nie chce mu się odrabiać lekcji i może wspólnie pomyślimy, jak go motywować, obraża się na mnie. Tak jakby to on nie miał pracy domowej – opowiada polonistka.

Gorzej, jeśli ciągle jest uczniem z ostatniej ławki. Tak jak mama, która na zebraniu pod nosem komentowała każde słowo Aliny Michalak, nauczycielki z toruńskiej podstawówki. – W końcu poprosiłam, żeby podzieliła się swoimi spostrzeżeniami ze wszystkimi. Pani zamilkła. A po wywiadówce nadawała na mnie innym rodzicom na korytarzu. Musiałam przeczekać ten atak w łazience – wspomina Michalak.

Z badań prof. Nalaskowskiego wynika, że szkoła infantylizuje rodziców. Bo czy poważnie może zachowywać się pani po trzydziestce, wciśnięta w miniaturowe krzesełko z przymocowanym na stałe blatem? Niektórym nauczycielom wydaje się jednak, że rodzicom ten powrót do przeszłości bardzo pasuje. Bo w końcu mogą nawymyślać nauczycielom i zemścić się za własne rany wyniesione ze szkoły. Tym razem bezkarnie.

PS Rodzic empatyczny i obowiązkowy coraz częściej pojawia się w sferze belferskich marzeń. Chociaż sprawiedliwie trzeba przyznać, że i takie przypadki się zdarzają. Po jednej z wywiadówek, która skończyła się bitwą rodziców (zwolennicy wycieczki w góry kontra entuzjaści dodatkowych zajęć przed maturą), zatroskana mama podeszła do Haliny Mentrak i powiedziała: – Będę się za panią codziennie modlić. Inaczej pani tego nie przetrwa.

Nazwiska nauczycieli zostały zmienione

Maja Gawrońsk